Góry wysokie
Koniec ery „turystyki wysokogórskiej”? Nepal mówi „dość” kolejkom i śmieciom
Himalaje stoją u progu wielkiej zmiany. Władze Nepalu, forsując nową ustawę o zintegrowanej turystyce, wysyłają jasny sygnał: Mount Everest nie jest już placem zabaw dla dyletantów z grubym portfelem. Nowe przepisy, które mogą wejść w życie już za kilka miesięcy, wprowadzają surowe sito selekcyjne – aby zaatakować Dach Świata, trzeba będzie wykazać się zdobyciem wcześniej przynajmniej jednego nepalskiego siedmiotysięcznika oraz przedstawić rygorystyczne badania lekarskie.

Pytanie jednak brzmi: czy to dobrze, że wprowadzane są tak twarde ograniczenia?
Patrząc na to, co dzieje się na szlakach, odpowiedź wydaje się oczywista, choć gorzka. Przez lata Everest stawał się symbolem komercyjnego absurdu. Zdjęcie Nirmala Purji z 2019 roku, przedstawiające setki ludzi stłoczonych w „strefie śmierci”, obnażyło brutalną prawdę: brak doświadczenia zabija. Nie tylko tych, którzy nie radzą sobie z wysokością, ale i tych, którzy utknęli w korku, czekając na swoją kolej do sukcesu, podczas gdy kończył im się tlen.
Góry pod grubą warstwą wstydu
Największym grzechem współczesnego himalaizmu nie jest jednak brawura, a brak szacunku dla natury. Problem śmieci w najwyższych górach świata urósł do rangi katastrofy ekologicznej. Choć od lat obowiązują kaucje za znoszenie odpadów, rzeczywistość jest ponura.
Wystarczy spojrzeć na inne giganty, by zrozumieć skalę problemu. Podczas gdy Nepal walczy o Everest, pod Nanga Parbat (w pakistańskiej części Karakorum) sytuacja bywa dramatyczna – po zakończeniu sezonu tony odpadów z baz wyprawowych często lądują bezpośrednio na lodowcu. To, co zostawiają po sobie wspinacze, nie znika; zamarza w lodzie, by po latach „wypłynąć” jako toksyczne świadectwo naszej obecności. Podobnie jest w innych rejonach „gór wysokich”.

Czy stała opłata uratuje szczyty?
Nepal chce zamienić dotychczasowe kaucje na bezzwrotną opłatę, która zasili stały fundusz środowiskowy. Pieniądze mają iść na:
Regularne akcje sprzątania ton śmieci zalegających na zboczach
Ochronę socjalną dla Szerpów i tragarzy.
Profesjonalizację służb ratunkowych.
Czy to „zamach na wolność” w górach? Raczej konieczna próba ratowania tego, co jeszcze z tej wolności zostało. Restrykcje mają ukrócić improwizację agencji, które obiecują Everest każdemu, kto zapłaci. Teraz odpowiedzialność za ratunek i ubezpieczenie ma być jasno przypisana do organizatorów, a niejasny status osób zaginionych będzie prawnie regulowany po roku bezowocnych poszukiwań.
Zamykanie drzwi przed niedoświadczonymi wspinaczami to nie tylko kwestia bezpieczeństwa służb ratunkowych, które narażają życie, by ściągać skrajnie wycieńczonych turystów. To przede wszystkim pytanie o etykę. Czy mamy prawo zamieniać najświętsze miejsca planety w wysypiska śmieci i „korki” pełne ludzi, którzy nie potrafią samodzielnie przetrwać w tym trudnym terenie? Wydaje się, że nepalska rewolucja to jedyny sposób, by Everest przestał być najwyżej położonym cmentarzyskiem i śmietniskiem świata, a znów stał się symbolem wielkich wyzwań.